poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rozdział 7


Joy siedziała skulona na fotelu w szpitalu przed salą, gdzie leżał jej chłopak. Nie spała od ponad 24 godzin, gdy operowali Holdena. Nie można było jednoznacznie określić, co czuła. Była zła na niego za jego nieodpowiedzialność. Ale z drugiej strony, czy gdyby wtedy nie uciekła z imprezy, nie doszłoby do wypadku? Mogła dopilnować, żeby nie wsiadł do auta. Ale on mógł kontrolować ilość wypitego alkoholu. Ale ona mogła...

Obudziła ją pielęgniarka. Za nią stała jej mama i czternastoletni brat Mickey. Gdy tylko ich zobaczyła podeszła i przytuliła się. Tak bardzo potrzebowała teraz wsparcia rodziny.
-Jak się czujesz córeczko?- zapytała czule mama.
-Gdzie tato?- Joy zignorowała pytanie. Jak zwykle jej taty nie było przy niej w trudnych momentach.
-Ma kryzys w firmie, musisz go zrozumieć. To jego praca.
-A ja jestem jego córką. - po chwili zaczynała żałować tych pełnych smutku słów. W oczach mamy pojawiły się łzy.
-Joy, staram się jak mogę. Nie wiń mnie za to, co twój ojciec robi. A czego nie.
-Przepraszam cię, mamo. To wszystko mnie przerasta.
Niespodziewanie odezwał się Mick:
-Ah te baby...
Ich twarze rozpromienił dawno nie widziany uśmiech.



Zostało 8 dni. 8 dni do zawodów. A ja nie mam nawet partnera. Fuck.
Ostatecznie może przecież się wycofać. Ale z powodu braku partnera?! Nie, to nie wchodzi w grę. Zostaje jedno wyjście: jutrzejsze losowanie. Co roku dyrektor losuje jedną parę. Udział bierze 12 dziewczyn. Skąd pewność, że wybierze akurat mnie? Chyba, że... Wykluczone. Nie przekupię dyrektora. Ależ tak! To nie dyrektor losuje! To Charles! To... Charles... Mam problem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz